Stosowałam co jakiś czas diety, mniej lub bardziej udane. Przestrzegałam reguł piramidy żywieniowej, czy tych, że jeśli na kolację jemy tłuszcze, to na śniadanie węgle... Właściwie po kolejnych rozmowach z trenerem personalnym byłam coraz bardziej zamotana i w miarę przypływu wiedzy, w mojej głowie powstawał coraz większy chaos.
Nie bardzo potrafię gotować, nie lubię spędzać czasu przy garach, nie jadam warzyw saute, ani surowych, szybko się więc zniechęcałam wszelkimi dietami.
Pomidor z twarogiem na kromce ciemnego, chrupkiego pieczywa?
Czy może być coś bardziej niesmacznego?!
W końcu odpuściłam, bo to po prostu było nie dla mnie.
Im bardziej myślałam o byciu na diecie, tym moje myśli krążące wokół lodówki stawały się coraz bardziej obsesyjne.
Zapatrzona w wychudzone modelki nie akceptowałam swojego ciała, więc jadłam, by poprawić sobie humor... Mijały miesiące, a ja na wpół skutecznie zajadałam sumienie. Doszło do nieuniknionego momentu, kiedy to jedynymi spodniami, w które się mieściłam, były te dresowe.
Chcąc, nie chcąc, musiałam wymienić całą garderobę i to był, patrząc z perspektywy czasu, pierwszy właściwy krok. Gdy przestałam czuć na sobie wrzynający się pas od spodni, zbyt obcisłą koszulkę, czy za mały stanik, zaczęłam godzić się z tym, że przytyłam i koniec. Życie toczy się dalej, a wygląd nie determinuje szczęścia. Przestałam niemal całkowicie myśleć o swoim tłuszczu, dietach... Dzięki ciągłym komplementom chłopaka i ciuchom w odpowiednim rozmiarze zaakceptowałam "stan faktyczny", vel siebie.
Jakiś czas później, jedyne co mi przeszkadzało jako minimalistce, to ilość zjadanego pożywienia i emocjonalne uzależnienie od niego. Było mi smutno - jadłam, nudziłam się - jadłam, byłam zadowolona - musiałam to uczcić pizzą, zdenerwowana - uspokoić się jedzeniem...
Nastał więc moment, kiedy to postanowiłam sobie (1 stycznia :) ), że będę jeść tylko, kiedy będę głodna. Człowiek jest jedyną istotą, która nie wie instynktownie, kiedy przestać jeść...
Pierwszym, najtrudniejszym etapem, było kurczenie żołądka do jego naturalnych rozmiarów, czyli mniej więcej własnej pięści (i tyle też docelowo pokarmu powinniśmy zjadać na raz).
Dietetycy zawsze wpajali mi, że są rzeczy, z którymi należy się pożegnać na zawsze. To bardzo demotywuje i według moich założeń - jest błędne.
Wracając...
Silnej woli nie pomaga nic tak, jak zajęcie swoich myśli czymś innym. Razem z uwalnianiem się od nałogu zajadania emocji, rozpoczęłam generalne odgracanie domu. Uwielbiam sprzątać, szorować, sortować, wyrzucać, odnawiać stare meble, przestawiać je. Byłam więc w 100% pochłonięta swoim zadaniem, które zajęło mi ponad dwa tygodnie. Efekt był zdumiewający. Jadłam tylko, gdy mimo zajętych myśli, odczuwałam głód. Już po pierwszym miesiącu straciłam 3kg.
W momentach, kiedy coś na ząb chodziło mi po głowie, robiłam sobie herbatę lub wodę z cytryną (świetna do oczyszczania organizmu z toksyn). Często po jej wypiciu okazywało się, że wcale nie byłam głodna, a po prostu chciało mi się pić i żołądek domagał się "czegoś".
Kurczenie żołądka, to na ogół okres 3 do 7 dni. Można je przyspieszyć jednodniową głodówką lub półgłodówką. Np od południa, do południa.
Oczywiście, że moja dieta nie składała się z frytek na kolację i kotleta w panierce na obiad, jednak starałam się jeść smacznie.
Jogurt z niską zawartością cukru na śniadanie i na drugie śniadanie, dwie małe porcje ryżu (pół torebki) z sosem chilli lub curry plus drobno pokrojony, smażony bez panierki w oleju kokosowym kurczak na obiad i podwieczorek, a na kolację owoc.
Z biegiem czasu potrzebowałam coraz mniejsze porcje jedzenia i coraz rzadziej czułam głód.
Jednak, żeby nie zwariować, co tydzień robiłam sobie dzień odpustu, kiedy zamawiałam pizzę, chińskie, albo jadłam coś tak głupiego, jak białą bułkę z trzema plastrami żółtego sera...
Skonsultowałam swój nawyk z trenerem - dietetykiem i on sam gorąco mi go polecił - pod jednym warunkiem. Jeść miałam tego dnia co zechcę i ile zechcę, ale dopiero ok 15-16 i miał to być mój jedyny posiłek. Od tamtej pory zawsze raz w tygodniu pozwalam sobie na rozpustę, żeby nie zwariować :) Wczoraj to były frytki o godzinie 22, ale w ciągu dnia zjadłam tylko jogurt i kilka jabłek plus lampka wina.
W momencie, kiedy nauczymy się jeść tylko, gdy odczuwamy głód fizyczny, a nie psychiczny, związany z emocjami, nasz organizm zaczyna wszystko regulować sam. I tak po "dniu odpustu", następuje dzień, w którym nie mogę patrzeć na śniadanie i jem dopiero obiad. Organizm sam reguluje nasze przejedzenie.
Ważną zasadą, o której również pisze
Dominique Loreau w Sztuce Umiaru, której założenia są notabene identyczne z moimi, jest nie zmuszanie się do jedzenia określonych posiłków i całkowite zaufanie dla swojego organizmu. Będą dni, w których nie będziesz czuć głodu do godziny 13, 15... Nie jedz więc na siłę, bo "trzeba zjeść śniadanie", bo "babcia zawsze mówiła..."(o właśnie, zadzwonię do babci zapytać co u niej...) Głód przyjdzie sam w odpowiednim momencie i to będzie ta chwila, w której należy zjeść posiłek. Nawet, jeśli czasem będzie to dopiero obiad, albo śniadanie o 13. Nie zaprzeczam, że śniadania są bardzo ważne, ale jeśli nie jesteś głodna, to jaki sens jest jeść? Widocznie Twoje ciało w tym momencie nie potrzebuje pożywienia. Inaczej by Ci o tym zakomunikowało.
Przede wszystkim nie należy się do niczego zmuszać. Gotowe diety na ogół nie skutkują z dwóch powodów:
Są zbyt restrykcyjne - ilość pożywienia należy ograniczać stopniowo, nigdy się nie głodząc, a jedząc tyle, ile nam potrzeba (według uczucia prawdziwego głodu, a nie czasowej zapchajdziury).
Zmuszają do jedzenia rzeczy, których nie lubisz - nikt nie wytrzyma długo na diecie, która mu nie smakuje, a im bardziej nam się czegoś zabrania, tym bardziej tego chcemy... Jeśli nie lubisz ryby, czy brokułów, po prostu ich nie jedz. Poszperaj w necie czym można je zastąpić, znajdź własne, ulubione, ale zdrowe przepisy, a w niedzielę... zjedz sobie tego schabowego z ziemniakami, ale kolację już odpuść ;)
Jedyne, czego powinnaś unikać, to cukry. Dlaczego? Bo zjedzony cukier szybko woła o więcej cukru i po trzech dniach okazuje się, że nie możesz już żyć bez kawałka ciasta, albo połowy czekolady.
Oczywiście, że można jeść dwie kostki czekolady dziennie, ale tak długo, jak nad tym panujesz i nie czujesz, że Cię do nich ciągnie, nie czujesz, że musisz je zjeść.
Staraj się, by ostatnim, głównym posiłkiem był obiad, a kolacja sycąca, ale lekka, nie później niż 4 godziny przed snem, ale też bez przesadnego rygoru... Jeśli został z obiadu grillowany kurczak w curry, spokojnie możesz go poskubać na kolację. Najważniejsza jest ilość tego co jesz.
Dlaczego Japończycy prawie nigdy nie są otyli? Wynika to z ich pohamowania i kultury, która nakazuje odchodzić od stołu, gdy żołądek nie jest jeszcze do końca wypełniony. W tym kraju modne jest też zamawianie w restauracji jednego dania i zjadanie go w kilka osób, a wiele restauracji serwuje malutkie jak dla nas, jednoosobowe porcje, np sushi.
Kiedyś na jakimś forum przeczytałam oburzone wpisy, jakoby któraś z diet przewidywała jajecznicę z 3 jajek na śniadanie. "Jak tym się można najeść, przecież to porcja dla 3letniego dziecka!!!"
Trochę mnie to załamało, jako, że jajecznicę z 5-6 jajek zjada mój chłop ponad 100kg wagi i 2 metry wzrostu, a to były wpisy kobiet...
Zgodnie z odkryciami chronnobiologii, nasze ciało potrzebuje 5 godzin, by wydalić z organizmu tłuszcze po posiłku. Złotą zasadą powinno więc być jedzenie nie częściej niż co pięć godzin. Z tego, co pamiętam, ta zasada nie dotyczy owoców.
"Własna dieta" po pewnym czasie staje się nawykiem i jest tak naturalna, ze nie trzeba w ogóle o niej myśleć. Także jeśli wytrwasz pierwsze kilka miesięcy, nie do pomyślenia dla Ciebie i Twojego żołądka będzie powrót do dawnych nawyków, ale tylko pod warunkiem, że Twoja dieta będzie Cię sycić i smakować. Dziś nie czuję nic wobec regałów z ciastkami i słodyczami w sklepie... nawet tam nie zaglądam. Zwykły sok w kartonie jest dla mnie zbyt słodki.
Główne zalecenia diet są identyczne...
- jeść produkty bio, dobrej jakości
- nie jeść cukru lub jeść go bardzo mało
- spożywać 2-3 łyżki dobrego oleju dziennie (kokosowy jest najbardziej dietetyczny, nie odkłada się w postaci tkanki tłuszczowej)
- jeść codziennie warzywa i owoce, a 3-4 razy w tygodniu ryby, jajka, nietłuste mięso
- ograniczyć ilość soli i tam gdzie można zastępować ją ziołami lub musztardą
- jeść świeże, sezonowe produkty
- unikać tłuszczów nasyconych
- pić wystarczającą ilość wody
- chodzić pieszo
- unikać podjadania
-
zrezygnować z zakazów - gnębione ciało się mści
- unikać podjadania
- wybierając posiłki myśleć przede wszystkim o swoim zdrowiu
- samemu przygotowywać posiłki
- unikać stresu i rutyny, by nie jeść na pocieszenie
Czy wiesz, że pięćdziesiąt lat temu wszystko było mniejsze? Sztućce, talerze, kanapki. Kiedys banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dziś to zestaw z Big Maciem i Cola.
Porcje jedzenia zwiększały się regularnie od trzydziestu lat i są dwa do pięciu razy większe niż kiedyś... Miliony Euro wydawane są po to, by nakłonić nas do kupowania więcej.
Porcja frytek w McDonaldzie w 1960 roku miała 200kalorii, w 2005 już 610. Zestaw początkowo zawierał 590, dziś dochodzi do 1550...
Rosną rozmiary lodówek, talerzy i naszych pup.
Pomyśl o tym...
Co najlepiej pić podczas diety?
Wodę, bo sprzyja wydalaniu toksyn z organizmu i utrzymuje nas w dobrym zdrowiu.
Herbatę, najlepiej zieloną lub czarną z niesfermentowanych liści. Stymuluje układ odpornościowy i przyspiesza trawienie, oczyszcza krew i zapobiega rakowi (do niedawna w ogóle nie występującemu w obszarach, gdzie uprawia się herbatę), obniża poziom cholesterolu oraz ciśnienie. Zapobiega cukrzycy, opóźnia Alzheimera, przeciwdziała alergiom (o losie, a ja jestem akurat na zieloną silnie uczulona ;)
Szampana, gdyż jest najzdrowszym z win. Poprawia nastrój, trawienie i zapobiega wzdęciom. Poleca się wypić lampkę po ciężkim posiłku. Działa moczopędnie, dzięki czemu pomaga w usuwaniu nadmiaru wody z organizmu. Jest bogaty w sole mineralne i siarkę, ma właściwości oczyszczające, odtruwające i przeciwzapalne.
Dominique już w
Sztuce Prostoty polecała zaopatrzenie się w swoją małą miseczkę, z której będziemy jeść. Ułatwi to nam odmierzanie ilości pożywienia ( ja używam standardowej miski do zupy, którą napełniam zawsze w połowie, choć na początku mojej przygody, napełniałam ją w całości), a z taką poręczną miseczką możemy wybrać miejsce posiłku - balkon, ogród, kanapa.
To koniec, jeśli chodzi o teorię. W następnym wpisie postaram się przybliżyć Wam praktykę, zarówno swoją, jak tę zaczerpniętą z książki. Jak robić rozsądnie zakupy, komponować posiłki, sprawić by "akt jedzenia" został podniesiony do rangi sztuki :) Napiszę też o swojej diecie, czyli ulubionych, zdrowych produktach, które jadam i kilku grzeszkach, na które sobie pozwalam co jakiś czas...
posh